...o przedmiotach, obrazach, sztuce i socjologii
O autorze
Kategorie: Wszystkie | LINKI | idee | info | naoczne | teksty | tekstybeta
RSS
sobota, 09 lutego 2008
Apologia prowizorki

Łukasz Skąpski, Maszyny

 

Przedmioty stawiają nam opór. Niekoniecznie dlatego, że są materialne i nieme, ale raczej dlatego, że są obiektywizacjami wiedzy, interakcji, wartości i sposobów myślenia, które narzucają się nam jako konieczności. Jako narzędzia pozwalają nam one realizować założone cele, ale jednocześnie są jednym z najważniejszych środków ograniczających naszą wyobraźnię oraz ustanawiają twarde, nienegocjowalne ramy naszych działań. Projektowanie rzeczy jest więc zawsze projektowaniem porządku społecznego, ponieważ przedmioty nie tylko programują sposoby używania naszego ciała, ale też definiują kim jesteśmy, wyznaczają nam zadania do wykonania, podpowiadają, co jest możliwe, co zaś nie. Dla przykładu zastawa stołowa nie tylko przypomina o centralności jedzenia w naszej kulturze i o złożoności zasad, którymi jedzenie jest w niej regulowane, ale też sprawia, iż z trudem i tylko w ekstremalnych sytuacjach mogę sobie wyobrazić spożywanie posiłków w odmienny sposób, niż ten narzucony przez talerze, szklanki, kieliszki, półmiski, wazy i sosjerki. Z trudem również przychodzi mi sobie wyobrazić cukiernicę jako doniczkę, czy szklankę jako wazon i to pomimo tego, że ich kształty nie przeszkadzałyby w pełnieniu tych nowych funkcji.

Nieprzypadkowo więc prawdziwą sztuką jest dostrzeżenie w przedmiocie czegoś innego, niż to, co on obiektywizuje. Oznacza to bowiem wyobrażenie sobie nowej formy ładu i porządku kulturowego, wymaga wymyślenia nowych zastosowań naszego ciała i nowych celów do których zmierzamy. Gest Duchampa wystawiającego w 1917 roku pisuar jako rzeźbę nie był więc tylko formą sproblematyzowania tego czym jest sztuka ( i początkiem jej przechodzenia z fazy siatkówkowej, wizualnej do fazy konceptualnej, ideowej), ale też próbą przeprojektowania porządku i wyrwania się z reżimu narzucanego przez dobra materialne.

Dlatego tak fascynujące są drobne codzienne gesty, które przeprojektowują przedmioty, nawet wówczas, gdy działanie to jest amatorską prowizorką, albo gdy jest ono skutkiem konieczności radzenia sobie w sytuacji braku środków finansowych. Te drobne gesty mają w sobie ogromny potencjał emancypacyjny i pomimo tego, że nie zostały one pomyślane jako polityczne, to są nimi, bo wymagają one zawsze wyjścia poza porządek i dostrzeżeniu w nim zbioru możliwości, a nie konieczności. Upowszechnienie takich praktyk jest oczywiście niebezpieczne dla systemu, ponieważ oznacza powrót do tradycyjnej mentalności zgodnie z którą wszystko, co istnieje, istnieje po coś. Niczego więc nie należy wyrzucać, bo zawsze się może kiedyś przydać. Wystarczy tylko trochę wyobraźni i trudnej do opanowania zdolności kontroli nad przedmiotami, polegającej na nadaniu im dowolnej funkcji i przeznaczenia.

Prowizorka jest sztuką improwizacji, ta ostatnia jest zaś przywilejem tych, którzy perfekcyjnie kontrolują jej środki. Trudno o nią tam, gdzie rynek jest w stanie zaspokoić każdą, najbardziej nieprawdopodobną potrzebę. Warto więc pamiętać o paradoksie zróżnicowanej, zorientowanej na wyjątkowość i unikalność klienta, niszowej konsumpcji- możliwość realizacji każdego pragnienia przez przedmioty oferowane na rynku to nie tyle znak poszerzenia naszej wolności i uelastycznienia systemu, co raczej wyraz jego rosnącej zdolności do programowania naszych działań przez dobra materialne.

23:22, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 stycznia 2008
Sztuka konceptualna

 

Jak poinformował ArtBazaar na aukcji ebay sprzedano za ponad 200 tysięcy funtów graffiti wykonane przez Banksy’ego na ścianie jednego z londyńskich domów, zaś nabywca został zobowiązany również do pokrycia kosztów demontażu pracy ( a więc zdjęcia jej wraz z tynkiem ze ściany) i jej transportu. Nie jesteśmy oczywiście pewni, czy całe zdarzenie nie jest kolejną akcją artysty, który w iście Warholowski sposób używa farb w sprayu i szablonu, jako narzędzi wytwarzania totalnego dzieła, którym jest manipulowanie rynkiem sztuki. Nawet jeśli tak jest rzeczywiście, to i tak opisywana tu sytuacja ogromnie problematyzuje zasady obrotu obiektami artystycznymi, kwestię własności, praw autorskich, autentyczności jako źródła wartości oraz reguły manipulowania tymi ostatnimi przez rynek sztuki, a nawet tak proste kwestie jak integralność i czysto fizyczne granice dzieła ( nie wiem więc, czy wydzielony przez sprzedającego jako towar wystawiony na aukcji fragment ściany pokrywa się z tym, który zamierzył nim uczynić sam Banksy).

Czy zdarzenie związane ze sprzedażą tej pracy nie koresponduje też doskonale z tym, co ona przedstawia- a więc stereotypowo artystycznego artystę malującego taga z imieniem Banksy’go? Ten narcystyczny na pozór gest ( ja jako dzieło sztuki) wydaje się być instrukcją podpowiadającą jak czytać aktywności Banksy’ego. Ta ostatnia sprowadza się do uczynienia dziełem sztuki nowej, atrakcyjnej pozycji artysty z której można mówić i być słyszanym, atakować system i korzystać z jego dobrodziejstw, pozostać anonimowym i być najbardziej znanym twórcą na świecie; być osobą publiczną i zachować prywatność; malować graffiti, które ludzie kupują za milion złotych. Sztuka Banksyego to przede wszystkim sztuka manipulowania systemami klasyfikacyjnymi którymi porządkujemy rzeczywistość, sztuka szatkowania ich i łączenia w nowe trudne do pomyślenia konfiguracje. Sztuka fascynująca i pociągająca, w żadnym wypadku nie siatkówkowa, ale skrajnie konceptualna.

22:21, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (3) »
wtorek, 08 stycznia 2008
Dwie eksplozje

 

Przeczytałem dziś o dwu eksplozjach. Pierwsza z nich, wybuch bomby atomowej w Karpatach, nie miała nigdy miejsca, ale była jak najbardziej realna. Pojawiła się ona bowiem w trakcie serwisu pogodowego jednej z czeskich telewizji za sprawą artystów z grupy Ztohoven, którzy włamali się do serwerów stacji i wkomponowali w standardową panoramę gór atomowy grzyb. Ich praca miała na celu zwrócić uwagę na to, co wszyscy wiemy, a mianowicie na łatwość wytwarzania rzeczywistości przez telewizję. Paradoksalną konsekwencją akcji jest prokuratorskie oskarżenie o upowszechnianie nieprawdziwych informacji i groźba więzienia.

Druga eksplozja to wybuchający billboard (dzięki Maciej), stworzony przez nowozelandzki oddział agencji BBDO, a reklamujący usługi firmy kurierskiej Deadline Express. Firma reklamowa podłożyła bombę zegarową, które wybuchła o ustalonej godzinie, wskazywanej przez wyświetlacz zamieszczony na billboardzie i odmierzający czas do eksplozji w konwencji znanej nam z sensacyjnych filmów. Wybuch obserwował zgromadzony przed tablicą tłum, który z entuzjazmem zareagował na zniszczenie reklamy. Agencja reklamowa dokonała tu tego, co jest marzeniem wielu radykalnych antykapitalistycznych aktywistów, ale sam wybuch, pomimo tego, że był jak najbardziej realny i przyniósł za sobą zniszczenia, był fikcją.

23:47, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (5) »
niedziela, 30 grudnia 2007
Czysta sztuka

Praca Satiago Sierry 21 Anthropometric Modules Made of Human Faeces By the People of Sulabh International, India, to jak wskazuje jej nazwa 21 brył wykonanych z ludzkich ekskrementów zebranych przez nietykalnych zajmujących się oczyszczaniem toalet w New Delhi i Jaipur. Obiekty składające się na tę pracę zostały stworzone przez współpracowników Sulabh International, pozarządowej organizacji promującej prawa człowieka, zdrowie i higienę, walczącej o zniesienie systemu kastowego i z eksploatacją wykluczonych. Walczącej w specyficzny sposób, bo poprzez rozwijanie technologii sanitarnych, budowanie nowoczesnych, ekologicznych publicznych toalet, które nie tylko polepszają warunki higieniczne, ale też wyzwalają jednostki zajmujące najniższe społeczne pozycje od wykonywania upokarzających zajęć.

Praca Sierry, aktualnie pokazywana w londyńskiej Lisson Gallery, zdaje się przypominać Brytyjczykom, iż wprowadzane przez nich w czasach kolonialnych technologie sanitarne, które wytworzyły zawód czyściciela toalet, zamiast cywilizować wzmacniały kastowe uprzedzenia i były źródłem wykluczenia i dehumanizacji. Bloki wykonane z ludzkich odchodów, które dziś po trzech latach wysychania, poprzez zmieszanie ich z utwardzającym je plastikiem i uformowanie, utraciły swój status nieczystości nie są jednak tylko dziełem wpisującym się w długą tradycję postkolonialnej sztuki demaskującej skutki dominacji zachodniej, białej kultury nad resztą świata. Nie są nim, ponieważ przypominają również, jak bardzo dwuznaczna jest postkolonialna sztuka. Sztuka, której odbiorcą jest uprzywilejowana elita i która dokonuje estetyzacji, kulturalizacji problemów społecznych zamykając je w formie obiektu artystycznego. Skamieniały kał nie śmierdzi, nie jest też amorficzny, ale ma rygorystyczną formą prostopadłościanu, nie można się nim ubrudzić i skalać. Czy nie jest on podobny do tysięcy innych prac (zwłaszcza zdjęć), które mówią o eksploatacji, wyzysku, nieludzkich warunkach życia, przemocy, ale czynią to przy pomocy środków, które nie pozwalają tego wszystkiego powiedzieć, bo są jednocześnie narzędziami promowania produktów, telewizyjnej rozrywki, tworzenia sztuki, wywoływania estetycznych przeżyć i spekulowania na artystycznym rynku. Są więc z innego, niż ten o którym mówią świata i z konieczności nie są w stanie zakomunikować niczego poza rzeczywistością, w której zostały stworzone i do której przynależą. Sierra zdaje się mówić w swojej pracy nie tyle o losie nietykalnych, ale raczej o tym, że sztuka nie jest w stanie go wyrazić.

23:29, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 grudnia 2007
Granice normalności

Jonathan Monk w serii fotografii zatytułowanej Waiting for famous people wciela się w rolę kierowcy oczekującego na lotnisku na nieznane mu osoby, które ma zawieźć w określone przez zleceniodawcę kursu miejsce . Na trzymanych przez niego kartkach nie widnieją jednak nazwiska anonimowych pasażerów, ale osób sławnych i powszechnie znanych ( John Travolta, The Beatles, Nelson Mandela, Pablo Picasso, Marcel Duchamp). Absurdalność tego bardzo prostego działania, zwracającego przede wszystkim uwagę pasażerów na Monka, polegała na tym, iż zdefiniował się on w nim jako osoba funkcjonująca poza tym wszystkim, co tworzy dziś życie społeczne. Kartki trzymane przez artystę sugerowały bowiem, iż nie zna on tych, których znają wszyscy, a tym samym definiowały go jako zupełnego outsidera, jako osobę która nie czyta gazet i nie ogląda telewizji, a więc jako kogoś trudnego dziś do pomyślenia.

Tak rozumiane kompetencje kulturowe, stanowiące warunek bycia pełnoprawnym członkiem współczesnych wspólnot, czy wręcz normalności jednostki testowała z kolei Sonja Feldmeier, w projekcie Phantom 00. Polegał on na wykonywaniu portretów pamięciowych osób sławnych przy pomocy policyjnego programu służącego do tworzenia wizerunków poszukiwanych przestępców, a w oparciu o sugestie zaproszonych do projektu zwykłych ludzi. Działanie to nie tylko pokazywało jak bardzo głęboko zakorzenione są w naszej pamięci medialne reprezentacje osób popularnych, ale też jak bardzo precyzyjne są te mentalne obrazy. Większość zaproszonych do udziału w przedsięwzięciu ludzi okazała się więc normalna

19:17, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (5) »
niedziela, 02 grudnia 2007
Niketura

Kultura korporacyjna, a więc produkowane przez międzynarodowe firmy dobra materialne, obrazy, filozofie, systemy wartości i preferowane przez nie zachowania, zdają się tworzyć dziś rodzaj nowej natury, bez której, jak dawniej bez przyrody i narzucanych przez nią zasad, nie sposób sobie wyobrazić rzeczywistości. Tym bardziej, iż najbardziej realne jest dziś właśnie to, co kulturę tę tworzy. Realność ta przysłania wszystko inne nie tylko dlatego, że to, co ją konstytuuje jest wszechobecne, ale przede wszystkim dlatego, że korporacyjne wytwory materializują to, co wydawało się dotąd tylko ideą, marzeniem, abstrakcyjną wartością. Żyjemy w świecie, w którym każda myśl i pragnienie posiada swoją reprezentację w postaci produktu lub usługi, nieprzypadkowo więc, co najmniej od czasów Andy Warhola, artyści próbują tę nową naturę nie tylko portretować, ale poddają ją również głębokiej analizie. Tym, co mnie ostatnio zaskoczyło jest wielość prac poświęconych produktom firmy Nike. Oczywiście zaskoczenie to jest trochę udawane, bo korporacja ta w latach 90-tych, nie tylko aktywnie współtworzyła nowy rodzaj przyrody, o którym tu mowa, ale też dla wielu najpełniej wyrażała jej istotę, stając się tym samym metaforą tego, czym jest korporacyjna kultura w ogóle.

Oprócz tysięcy subvertisingowych obrazów parafrazujących filozofie firmy Nike i ujawniających specyficzną moralność jej działań, można znaleźć również projekty bardziej rozbudowane takie jak Nikeground grupy 0100101110101101 ( polegający na podszyciu się w Wiedniu pod działy promocyjne firmy Nike, po to, by zaproponować mieszkańcom najważniejszych stolic świata, zmianę nazw głównych ulic i placów w ich miastach na Nikesquare, Nikestreet, Piazzanike, Plazanike czy też Nikestrasse), czy też Film Michaela Bluma zatytułowany My Sneakers, przedstawiający podróż artysty do Indonezji, gdzie zgodnie z metką zostały wytworzone, jego kupione w Paryżu buty Nike.

Warto dodać, iż Nike, jak każda natura nie tylko jednak irytuje przez swoją wszechobecność i narzucanie nam reguł, ale też inspiruje. Najlepszym przykładem jest tu pewnie wystawa prac ponad dwudziestu japońskich artystów, zainspirowanych przez słynny model nikeów spopularyzowanych w latach 80-tych przez Michaela Jordana, a zatytułowana White Dunk: The Evolution of an Icon.

Istotne we wszystkich tych działaniach (i to niezależnie od tego, czy Nike jest w nich przedmiotem krytyki, czy zachwytu), wydaje się być to, że nowa korporacyjna natura podlega w nich urefleksyjnieniu i że staje się przez to mniej naturalna, oczywista, obiektywna, a więc również bardziej podatna na zmiany i modyfikacje.

13:39, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (5) »
niedziela, 18 listopada 2007
Retoryczność starości

Kim są starsze osoby z fotografii wykonanych w ramach projeku Iconic Moments of the 20th Century grupy Henry VIII's Wives? Po pierwsze pensjonariuszami domu opieki w Glasgow, którzy przed obiektywem aparatu fotograficznego odgrywają sceny ze najbardziej znanych XX wiecznych zdjęć dokumentalnych (Berlińska Olimpiada w 1936 roku/ Konferencja Jałtańska/ Iwo Jima/ Nguyen Ngoc Loan strzelający w głowę podejrzanego o współpracę z Vietcongiem itd.) Po drugie są sobą- nie zostali oni w jakikolwiek sposób ucharakteryzowani, ubrani są własne codzienne stroje, zaś zdjęcia wykonano w miejscu w którym przebywają. Po trzecie w końcu występują tu one również w roli figury retorycznej, która z jednej strony pozwala przyjrzeć się statusowi zdjęć nazywanych ikonami, z drugiej zaś statusowi osób starszych.

W tym pierwszym wypadku chodzi więc o zwrócenie uwagi, iż najważniejsze fotografie XX wieku nie pokazują konkretnych sytuacji, które na nich utrwalono, ale idee- okrucieństwo wojny, bohaterstwo żołnierzy, geopolitykę powojennego świata, patriotyzm itd. Żołnierzy można zastąpić emerytami, ulice Sajgonu uliczką w Glasgow, a berlińskie podium na którego szczycie stoi Jesse Owens, stolikiem pod telewizor, a i tak powstałe w ten sposób nowe fotografie będą nadal odsyłały do swoich pierwotnych idei. Co to oznacza? Przede wszystkim to, że rzeczywistość zawsze przegrywa z jej powtarzanymi tysiące razy reprezentacjami, a najbardziej dramatyczne obrazy (przedstawiające śmierć, umieranie, cierpienie konkretnych osób) bardzo szybko przestają być szokującymi nas dokumentami, a stają się tym czym są- a więc jednymi z wielu wizualnych przedstawień (mam wrażenie, że tak się właśnie stało z video prezentującym śmierć Roberta Dziekańskiego na lotnisku w Vancouver powtarzanym w nieskończoność przez wszystkie telewizje), przyjmowanych ze spokojem wytrawnego widza, który nie takie rzeczy już widział.

Zdjęcia z omawianej serii pozwalają również dostrzec dwuznaczny status osób starszych we współczesnym życiu społecznym. Z jednej strony są one traktowane z pobłażliwym dystansem, bardzo podobnym do tego, którego używamy gdy próbujemy rozumieć dzieci. Z drugiej zaś z ostrożnym szacunkiem u którego podstaw leży świadomość, iż starsi już niejedno widzieli i przeżyli, że świadkowali wielu istotnym zdarzeniom, że ich doświadczenia są bogatsze od naszych. Czy tej dwuznaczności nie prezentują właśnie fotografie z serii Iconic Moments…? Widzimy na nich bowiem starsze osoby zachowujące się jak dzieci, ale też mamy świadomość, iż mogły one uczestniczyć w dramatycznych zdarzeniach, do których odsyłały pierwowzory zdjęć, iż mogły być ich naocznymi świadkami lub aktorami. Dwuznaczność, która się rodzi na styku tego, co widać i naszych wyobrażeń dotyczących bohaterów zdjęć doskonale oddaje poznawczy kłopot, który towarzyszy nam, gdy próbujemy pojąć kim są stare. Dla ich rozumienia brakuje nam dobrego słownika, bo ten, którym dysponujemy stworzono na potrzeby tych, którzy dziś dominują- młodych i dorosłych.

23:00, krajewskimarek , idee
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 listopada 2007
Never Been Too...

Projekt Never Been to Teheran prezentuje zdjęcia kilkunastu artystów z całego świata, przedstawiające stolicę Iranu. Istotne jest to, iż żaden z uczestników tego przedsięwzięcia nigdy nie był w tym mieście, zaś fotografie zostały wykonywane w miejscu ich zamieszkania ( a więc na przykład w Paryżu, Tokio, Londynie, Malme, Berlinie, Karaczi, czy Filadelfii). Powstały w ten sposób album jest więc w istocie zbiorem zwizualizowanych społecznych i indywidualnych wyobrażeń na temat Teheranu. Najczęściej są to zdjęcia przedstawiające to wszystko, co kojarzy się nam z islamem i kulturą arabską (zakwefione kobiety, meczety, specyficzne pismo, ciecierzyca, baranina, arabeski, dywany, bazary itd.) albo to, co stanowi elementy stworzonej przez zachodnie telewizje reprezentacji tego rejonu ( militaryzacja, krew, rozhisteryzowany tłum, ubóstwo itd.), od czasu do czasu zaś pojawiają się tu też fotografie, które pokazują Teheran poprzez obrazy nie kojarzące się z nim bezpośrednio (wieżowce, samochody, industrialne krajobrazy, portrety przypadkowych osób itd.). Te ostatnie zdjęcia nie próbują więc tego miejsca egzotyzować, ale usiłują pokazać, iż jest ono normalne, co w tym wypadku oznacza podobne do zachodnich miast. Znaczące jest więc to, że jako narzędzia walki ze stereotypowymi reprezentacjami inności używa się stereotypowych reprezentacji nas samych, co doskonale dowodzi, jak bardzo nasza wyobraźnia zależna jest od kultury wizualnej, w której jesteśmy zanurzeni.

Istotą tego projektu (podobnie jak wcześniejszego, ale opartego na podobnych zasadach - Never Been to Houston) wydaje się wskazanie, iż dla naszych wyobrażeń o odległych, ale też całkiem bliskich miejscach, nieistotne jest to, czy w nich byliśmy, czy też nie, ponieważ w obu przypadkach wytwarzają się one pod wpływem nie bezpośredniego doświadczenia, ale tysięcy obrazów, które to doświadczenie uprzedzają. Brzmi to całkiem niewinnie do momentu, w którym to my, a nie oni, jesteśmy zmuszeni, by pomieścić się i odnaleźć w takim globalnie wytworzonym imagu naszego własnego miejsca.

17:50, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (2) »
środa, 07 listopada 2007
Outdoor war

Za sprawą stowarzyszenia Moje Miasto A W Nim ( +kurczeblade) znowu głośno zrobiło się o problemie reklamy zewnętrznej, a dokładniej o tym, co nazywa się często wizualnym skażeniem miasta. Głównym celem walki tym razem jest stworzenie ustawy regulującej poczynania firm outdoorowych, a efektem możliwość ponownego zobaczenia miasta w formie nieopakowanej banerami i wielkoformatowymi plakatami przez jego mieszkańców, a więc odzyskanie przestrzeni miejskiej przez tych do których ona rzeczywiście należy. Problem rzeczywiście istnieje, ale nie jestem przekonany, czy jego źródłem jest (tylko) reklama zewnętrzna i czy celem walki powinno być odsłonięcie miejskiej ikonosfery. Stąd trzy pytania:

 

- czy źródłem wizualnego skażenia jest brak przepisów regulujących poczynania firmy outdoorowych, czy też to, że działają one w podobny sposób jak większość z nas, czyli traktując przestrzeń wspólną jako przestrzeń niczyją, w której każdy jest zajęty tylko sobą i nie martwi się o konsekwencje swoich działań dla innych ( o tym, że tak właśnie jest świadczy masa przykładów: sposób poruszania się po drogach, parkowanie utrudniające życie innym, głośna muzyka w miejscach publicznych, podrzucanie innym swoich śmieci, balkony traktowane jako pakamery, wszelkie postacie wandalizmu, ciągnące się miesiącami proste roboty drogowe, mniejsze lub większe samowole budowlane, freestyle sklepowych witryn i szyldów, akwizycja i rozdawanie ulotek na ulicy, fatalnie wykonane i gloryfikujące przemoc pomniki oraz masa innych)

- kto i w jaki sposób miałby regulować to, jak powinna wyglądać miejska ikonosfera? (mówiąc jeszcze inaczej ikonosfera jest zawsze zapisem procesów wytwarzających miasto i działań jednostek w nim żyjących i z tego powodu propozycja prawnej regulacji tego, co powinno ją tworzyć nie tylko mnie nie przekonuje, ale też nieco niepokoi- jej skutki mogą być odmienne od zamierzonych. Być może powinniśmy się pogodzić z tym, że nasze miasta wyglądają tak, a nie inaczej, bo odzwierciedlają to, kim jesteśmy i nie tyle koncentrować wysiłki na zmienianiu ikonosfery, co raczej na zmienianiu siebie samych)

- jakie miasto wyłoni się, gdy zdejmiemy zasłaniające je reklamy . Czy zobaczymy tylko dawno niewidziane zabytki i piękną architekturę, czy też krainę przybudówek, brudne fasady, architektoniczny chaos? ( zdaję sobie sprawę, iż to pytanie jest dosyć ryzykowne, ale chodzi mi tylko o wskazanie na słabość linii argumentacyjnej, która uzasadnia walkę z billboardami- kiedy już ją wygramy nie będziemy wcale żyć w pięknych miastach, ani nawet choć trochę ładniejszych i przyjaźniejszych , niż te współczesne)

 

Przemawia do mnie oczywiście argument, że od czegoś trzeba zacząć, by rozwiązać problem wizualnego skażenia, ale nie zawsze to, co najbardziej rzuca się w oczy jest najgroźniejsze.

 

Na zakończenie: co zrobić z irytującymi billboardami- podpowiada Helmut Smits

23:28, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (12) »
sobota, 03 listopada 2007
Cepeliada high-tech

Grant McCracken, jeden z moich ulubionych antropologów i komentatorów współczesnej kultury konsumpcyjnej, jakiś czas temu zidentyfikował interesujący trend konsumencki, przybierający postać społecznego ruchu, który nazwał ruchem rękodzielniczym (artisanal movement.). Opiera się on na dziesięciu podstawowych komponentach:


Preferowanie rzeczy na ludzką skalę (warzywa z przydomowego ogródka, a nie z ogromnej, przemysłowej szklarni)

Preferowanie tego, co wykonywane ręcznie (oscypek wykonany w bacówce, a nie w hali produkcyjnej)

Pierwszeństwo dla tego, co surowe i nieprzetworzone (świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, a nie napój o smaku pomarańczowym)

Preferowanie tego, co nieobrandowane (ser raczej wprost „od gospodarza”, niż z korporacyjnej mleczarni)

Uprzywilejowanie przedmiotów, które są spersonalizowane ( zakupy w małym, rodzinnym sklepie, a nie w mall’u)

Preferowanie nowej transparencji (a więc pełnej informacji na temat pochodzenia produktu i surowców, z których zostały one stworzone)

Preferowanie przedmiotów, które są „autentyczne”( powrót do tradycyjnej kuchni)

Preferowanie produktów lokalnych ( z Wielkopolski, a nie „wytworzone w X, pakowane w Y, dystrybuowane w Z)

Preferowanie nowego rodzaju znawstwa ( które jak wynika z komentarza nie opiera się na jakieś z trudem zdobywanej kompetencji, ale raczej na rozsmakowywaniu się, na byciu koneserem, amatorem, a nie znawcą)

Preferowanie prostych produktów przed złożonymi ( bułka z masłem przed XXL hamburgrem z setką dodatków).

Ruch ten przypomina nieco próbę powrotu do świata przed modernizacją i macdonaldyzacją, ale trzeba pamiętać, że jest on jednocześnie trendem konsumenckim i jako taki powinien być przede wszystkim rozpatrywany. Oglądany z tej perspektywy przypomina nieco zachwyt nad kiszonymi ogórkami i pajdami chleba ze smalcem podawanymi managerom podczas korporacyjnej imprezy w wyrafinowanej restauracji. Paradoksalnie wyraża on więc nie tyle pragnienie życia w świecie prostym, naturalnym i zlokalizowanym, tradycyjnym, ale raczej potrzebę nowych wzorów konsumpcji, czegoś nowego, innego, egzotycznego. Znaczące jest tu również to, że egzotyczny staje się tu sposób życia ludzi żyjących wciąż na pograniczu tego, co tradycyjne i nowoczesnym, a więc tych którzy stanowią większość globalnej populacji. Ruch rękodzielniczy nie proponuje więc powrotu do przeszłości, ale raczej jego stylizację w wersji high-tech- możliwą do zamówienia przez Internet, higieniczną i w takim zakresie, w jakim pragnie tego sam klient.

Ruch ten jest amerykańskim wynalazkiem i z europejskiego punktu widzenia może wydawać się mało innowacyjny. Nie oznacza  to jednak, że nie jest on również popularny na Starym Kontynencie. Jego przejawy można znaleźć również w polskim kontekście:

*Przydrożne "polskie chaty" (w miejsce dawnych bud z zapiekankami), oferujące "chłopskie jedzenie"* Moda na regionalne specjały i walka o uznanie ich statusu przez unijne prawodawstwo * Jednodniowe soki i przeciery od małych producentów * Powrót drewnianych zabawek i ich popularność ( raczej wśród rodziców, niż dzieci) * Agroturystyka i wakacje- koniecznie u zaprzyjaźnionego- gospodarza na wsi * Sklepy i stoiska z ekologiczną żywnością * Używanie nazwisk ( a więc personalizacja i transparencja), jako marek produktów (oznacza to powrót do tradycyjnej funkcji marki, w której jakość produktu była poświadczana przez reputację jego wytwórcy) * Moda na domowy wyrób win i nalewek * Popularność ręcznie i chałupniczo  wykonywanej biżuterii, ubrań, mebli (np. pakamera) * i wiele innych*

 

09:54, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (21) »
 
1 , 2 , 3 , 4