...o przedmiotach, obrazach, sztuce i socjologii
O autorze
Kategorie: Wszystkie | LINKI | idee | info | naoczne | teksty | tekstybeta
RSS
wtorek, 11 września 2007
Lud i TV

Wczorajsze informacje o zaatakowania przez kibiców rugby reportera australijskiej telewizji Seven Network, w trakcie komentowania przez niego na żywo zakończonego właśnie meczu, umieszczono w kategorii soft news. Potraktowano je więc jak wiadomość podobną do tych, które mówią o narodzinach dwugłowego cielęcia, albo pobiciu rekordu w jedzeniu hot-dogów na czas. Tymczasem ten news, z jednej strony doskonale relacjonuje nasze skomplikowane relacje z telewizją, z drugiej zaś ogromnie problematyzuje kategorię kultury uczestnictwa , której używamy, równie chętnie, co bezkrytycznie.

Nasze skomplikowane relacje z telewizją polegają przede wszystkim na tym, że będąc od niej zależni, nie jesteśmy jej wdzięczni za informacje, którymi nas karmi. Przeciwnie- większość z nas oczekuje czegoś, co osłabi władzę i autorytet TV, na przykład, jak miało to miejsce w tym wypadku, eksponując luki w perfekcyjnej, zdawałoby się kontroli nad obrazem. Paradoksalnie nie chodzi nam o to, by telewizja przestała być wszechwładna, ale raczej o to, by była bardziej ludzka. Nie ma zaś nic bardziej ludzkiego jak fuszerka, wpadka, czy gafa.

News, który rejestruje przemoc fanów rugby zwróconą przeciwko dziennikarzowi sportowemu każe nam też zastanowić się nad kategorią kultura uczestnictwa, opisująą nową sytuację, w której odbiorca nie tylko percypuje, ale też produkuje zawartość przekazu, współtworzy przestrzeń medialną. Wydaje mi się, że działanie australijskich kibiców mieści się w tej definicji i dlatego doskonale pokazuje, iż sam fakt wytwarzania contentu przez widza lub fana nie uprawnia nas do mówienia o demokratyzacji, wolności i przejęciu przez lud władzy, bo czasami partycypacja jest po prostu barbarzyńska.

+

[Na marginesie przypomniały mi się dwie stare prace odnoszące się do wszechwładzy telewizji i wykorzystujące motyw partycypacji: pierwsza to TV Hijack Chrisa Burdena z 1972 roku, druga to rozbudowany projekt GALA Committee ( i Mela China) wykorzystujący jako medium serial Melrose Place, realizowany w 1995 roku]

21:01, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (2) »
niedziela, 09 września 2007
RZECZ14
22:56, krajewskimarek , naoczne
Link Komentarze (2) »
sobota, 08 września 2007
Historie


We wczorajszych telewizyjnych newsach dotyczących wizyty Benedykta XVI w Austrii pokazano przez chwilę jego wizytę na Judenplatzu w Wiedniu. Papież modlił się przed odsłoniętym w 2000 roku pomnikiem upamiętniającym austriackie ofiary Holokaustu, a zaprojektowanym przez Rachel Whiteread. Ten bardzo powściągliwy i minimalistyczny monument, wykonany z betonu i stali, jest rodzajem przenicowanej biblioteki, której półki wypełnione są identycznymi książkami. Ich tytułów i treści nigdy nie poznamy, bo są one zwrócone grzbietami ku wnętrzu budowli, której wejścia strzegą odciśnięte w betonie, niemożliwe do otwarcia drzwi. Praca brytyjskiej artystki zazwyczaj odczytywana jest jako metafora okrucieństwa Holocaustu, którego ofiarami nie były miliony podobnych do siebie ludzi, ale miliony unikalnych jednostek. Monument ten nie tylko więc upamiętnia to, co się zdarzyło, ale też podkreślając nieodwracalność zbrodni, przypomina o tym, że każdy z nas ma istotną historię do opowiedzenia innym, historię, która jest warta poznawania i wysłuchania. Praca Whiteread, nazywana czasami Bezimienna biblioteką, nie jest ani monumentalna, ani wykonana ze szlachetnych kruszców, nie góruje też nad widzem i nie stara się nim wstrząsnąć, ale jest milcząca i dyskretna. Dzięki temu właśnie mówi, nie tylko upamiętnia, ale też przypomina, że nie istnieje historia, a jedynie historie. Bardzo blisko mu do słynnego AIDS Memorial Quilt i Der Bevőlkerung Hansa Haackego.

19:26, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (5) »
piątek, 07 września 2007
FotoalbumyII

Janina Struk w wydanej niedawno książce poświęconej fotograficznym świadectwom Holokaustu, przypomina w wielu jej miejscach, o specyficznych rodzinnych albumach, tworzonych w czasie drugiej wojny światowej przez niemieckich żołnierzy. Wykonywane z ogromną pieczołowitością, oprawione w zdobione okładki, starannie zakomponowane, zawierały nie tylko zdjęcia dokumentujące frontowe życie, rodzinne więzi i przyjaźnie, ale też bardzo często fotografie przedstawiające zbrodnie, egzekucje, deportacje, łapanki i upokarzanie tych, z którymi walczono. Włączenie dokumentu zbrodni w nostalgiczną narrację o życiu rodzinnym i męskiej przyjaźni, jest dla nas zupełnie niezrozumiałe, zaś jedynym wyjaśnieniem staje się tu niewyobrażalność samego Holocaustu.

Warto jednak zwrócić uwagę, iż zarówno tego rodzaju albumy, jak i sam gest fotografowania zbrodni nie były tylko skutkiem dehumanizacji niemieckich żołnierzy, ale raczej uczestniczyły w ich demoralizacji i wytwarzaniu obojętności wobec cierpienia innych. Zdjęcia tego rodzaju, jak sugeruje Struk wykonywane były przede wszystkim po to, by żołnierze mogli przekonać samych siebie, iż zbrodnie i barbarzyństwo są czymś normalnym i mają swoje moralne uzasadnienie. Fotografie te chroniły przed niepokojem i wątpliwościami, jakie zawsze rodzi stosowanie przemocy, ponieważ sam gest wykonywania tych zdjęć potwierdzał, iż hitlerowcy i ich ofiary należeli do zupełnie odmiennych kategorii jednostek. Ci, których umieszczono w gettach, zabijano, torturowano i ustawiano przed obiektywem aparatu, przestawali być mocą tych działań podobni do nas. Gest fotografowania, podobnie jak przemoc, rozbijał więc więź pomiędzy mną, a nimi, zaś granica i dystans stwarzane przez aparat były również granicami moich zobowiązań moralnych. Dokumentacje przemocy potwierdzały iż była ona uzasadniona, albo przynjmniej obojętna moralnie, bo przedstawione w niej ofiary zupełnie nie przypominały tych, którzy dokonywali zbrodni. Ci pierwsi byli nadzy, wychudzeni, brudni, przerażeni i bezradni, ci drudzy czyści, uśmiechnięci, w doskonale skrojonych mundurach, wyprostowani jak struny, wyposażeni we wszystkie atrybuty ucywilizowania i nowoczesności. Najbardziej wstrząsające dziś fotografie, prezentujące nie tylko samą przemoc, ale też upokarzanie ich ofiar, pozowanie żołnierzy przy ciałach zabitych przez nich ludzi, w identyczny sposób jak myśliwi pozują przy zdobytych trofeach, stanowią przykłady zwielokrotnienia wskazywanej tu strategii rozrywania więzi moralnych przez fotografię.

Albumy o których mówimy, pomimo tego, że są dla nas przykładami trudnego do zrozumienia barbarzyństwa, paradoksalnie wypełniały więc funkcje identyczne z tymi, które urzeczywistniają nasze domowe kolekcje zdjęć. Służyły one pisaniu narracji o samym sobie, potwierdzaniu więzi łączących nas z innymi oraz naszego miejsca wśród nich, potwierdzały i obiektywizowały nasze zobowiązania moralne, uzasadniały sposób naszego działania wobec tego, co przedstawione na zdjęciach. Albumy niemieckich żołnierzy są więc nie tylko świadectwem barbarzyństwa Holokaustu, ale również wskazują, iż fotografia nie jest tylko zapisem tego, co się wydarzyło, ale też jednym ze źródeł naszych aktualnych działań i zwiastunem tego, co się dopiero wydarzy. Jest ona tym samym ogromnie niebezpieczna, bo zamrażając rzeczywistość w postaci nieruchomego obrazu, zwalnia mnie od odpowiedzialności za wszystko to, co obraz ten unieobecnia.

22:33, krajewskimarek , idee
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 września 2007
ZJAZD

Już za tydzień rozpoczyna się XIII Ogólnopolski Zjazd Socjologiczny w Zielonej Górze. Szczególnie polecam sesje związane z socjologią wizualną: Socjologia wizualna w praktyce badawczej (obrady odbywają się w BWA w Zielonej Górze, al.Niepodległości 19) oraz Obrazy w Sieci. Socjologia i antropologia ikonosfery Internetu. Szczegółowy program zjazdu: tutaj

Do zobaczenia

 

12:03, krajewskimarek , info
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 września 2007
RZECZ13
dwie lampy
20:07, krajewskimarek , naoczne
Link Dodaj komentarz »
THE BOLD AND THE BEAUTIFUL
Bardzo lubię serię zdjęć bułgarskiego artysty Borisa Missirkova przedstawiającą wnętrza sofijskich mieszkań w trakcie emisji Mody na sukces. Telewizja nie tylko projektuje marzenia, ale też zdradza ich pochodzenie.
00:26, krajewskimarek , LINKI
Link Komentarze (8) »
niedziela, 02 września 2007
Fotoalbumy

W ostatnim Przekroju (numer 35 z tego roku), w rubryce Twoje sprawy pojawił się tekst zatytułowany Zrób sobie książkę, który proponuje, między innymi, nowy sposób na zarządzanie rodzinnymi lub pamiątkowymi zdjęciami oferowany przez liczne firmy. Polega on na przygotowaniu przy pomocy specjalnego fotoedytora projektu własnego fotoalbumu, który jest następnie drukowany i oprawiany w postaci przypominającej fabrycznie wykonaną książkę. Przykłady tego rodzaju produktów na pierwszy rzut oka przypominają zwykłe domowe albumy, ale ten pierwszy rzut oka jest dosyć mylący, przede wszystkim dlatego, iż w tym pierwszym wypadku twórca książki lub nią obdarowany unicestwia jedną z podstawowych funkcji wypełnianą zazwyczaj przez tego rodzaju fotograficzne zbiory. Były one bowiem nie tylko rodzinnymi archiwami, które materializowały historię wspólnoty i pozwalały ją aktualizować przy każdym ich oglądaniu, ale stanowiły też środek za pomocą którego regulowano więzi i określano ich granice, interpretowano fakty i wytwarzano obowiązujący sposób postrzegania rodziny przez nią samą. Dlatego też albumy były narracjami otwartymi- nie tylko dodawano do nich nowe zdjęcia, ale też je z nich usuwano, nie tylko uzupełniano podpisy, ale też je modyfikowano. Ponieważ album stanowił środek wytwarzania tożsamości rodzinnej wspólnoty, musiał być on też modyfikowalny, tak jak zmienne są identyfikacje, interpretacje tego, co się już zdarzyło, status osób tworzących rodzinę itd.

Zarządzanie prywatnymi zdjęciami zawsze polegało społecznym konwencjom, dlatego w albumach nie znajdziemy śladów tego, co rodzinę niszczy, to co w niej nieakceptowane, nieszczęść i tragedii, ale tylko to, co potwierdza sposób, w jaki chcielibyśmy się widzieć. Oglądane z tej perspektywy nowe fotoksiążki stają się bardzo interesującym wskaźnikiem tego, jak zarządzamy dziś tożsamością i jaki jest cel tego procesu. Co prawda narracja o nas samych jest nadal tworzona przez rodzinę, ale jej efektem jest obiekt, która przypomina wydawnictwa poświęcone osobom sławnym, cudom natury i architektury, niezwykłym wydarzeniom. Nowe albumy mają więc dowodzić, iż jesteśmy ważni, istotni, interesujący i potwierdzają ten status obiektem, który jest nieprzekształcany, obiektywny, wykonany przez profesjonalistów. Rodzina i wspólnota są więc nadal dla nas ważne, ale są one też zupełnie czymś innym, niż dawniej.

Nie krytykuję zmiany, której przejawem są anonsowane przez Przekrój nowe metody zarządzania prywatnymi zdjęciami, ale raczej wskazuję, iż ona zachodzi i że jest znacząca. Podobnie jak inne strategie radzenia sobie z tego typu fotografiami (scrapbooki, trzymanie zdjęć w pudełkach po butach i szufladach, oprawianie ich w ramki, czy katalogowanie na dysku komputera) nie jest ona bowiem tylko operacją dokonywaną na zdjęciach, ale też na tym kim jesteśmy, na naszej tożsamości.

22:30, krajewskimarek , idee
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 września 2007
Transparencja

Prawda kamery i komentarz klasyka

Siła obrazu jest wprost proporcjonalna do siły, z jaką przeczy on rzeczywistości, z jaką wytwarza inną scenę. Uczynić z jakiegoś przedmiotu obraz to pozbawić go kolejno- wszystkich wymiarów, wagi, konturu, zapachu, głębi, czasu, ciągłości i oczywiście sensu. Za cenę tego odcieleśnienia obraz zyskuje moc przyciągania(...)

Tam gdzie banalność obrazu łączy się z banalnością życia (...), tam zaczyna się owa całkowita, integralna widoczność, gdzie wszystko daje się zobaczyć i gdzie spostrzegamy, że nie ma już nic do zobaczenia.

(Jean Baudrillard, Pakt jasności. O inteligencji zła, Warszawa, 2005, str. 77/80)

21:50, krajewskimarek , idee
Link Dodaj komentarz »
piątek, 31 sierpnia 2007
Recycling

 

Justin Gignac, młody nowojorski artysta i twórca reklam sprzedaje jako dzieła sztuki znalezione na ulicach swojego miasta śmieci. Pogniecione puszki po napojach, bilety, fragmenty opakowań, niedopałki, fragmenty gazet i fotografii,  zamykane są w  niewielkich przezroczystych kubikach z napisem Garbage of New York City, numerowane, sygnowane oraz zawierają informację o tym, kiedy ich zawartość została podniesiona z ulicy. Dotąd sprzedano około tysiąca tych obiektów,  po 50 dolarów za sztukę, zaś ich rozproszenie po całym świecie świadczy o tym, że są one traktowane nie tylko jako obiekty artystyczne, ale też turystyczne pamiątki.

 

Projekt ten będzie pewnie jeszcze jednym dowodem, dla tych, którzy twierdzą, że można sprzedać dziś wszystko,  o ile to dobrze opakujemy oraz, że współczesna sztuka to śmieć. Ta  pierwsza interpretacja wydaje mi się jednak zbyt oczywista, a ta druga zbyt nieżyczliwa.  Praca Gignaca (nieco podobna, jako wielkomiejski souvenir do Air de Paris Duchampa), zdaje się być raczej dobrą metaforą współczesnej kultury, której istotą jest nieustanny recycling idei, obrazów, słów, próby składania tego, co już raz użyte w nowe całości, przywracanie społecznej uwadze tego, co kiedyś usunięte i potraktowane jak bezużyteczny odpad. Ten stan traktowany często jako chaos i nieład, rażący zwolenników jasno wytyczonych granic i solidnych fundamentów, jest najlepszym dowodem nie tylko żywotności współczesnej kultury, ale też zwiększających się wymagań wobec jej użytkowników. Dziś musza oni bowiem samodzielnie zadecydować, co  jest śmieciem, a co posiada wartość. Najbardziej fascynujące jest zaś to, że udzielają oni skrajnie różnych odpowiedzi na to pytanie.

 

20:59, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (2) »