...o przedmiotach, obrazach, sztuce i socjologii
O autorze
Kategorie: Wszystkie | LINKI | idee | info | naoczne | teksty | tekstybeta
RSS
środa, 07 listopada 2007
Outdoor war

Za sprawą stowarzyszenia Moje Miasto A W Nim ( +kurczeblade) znowu głośno zrobiło się o problemie reklamy zewnętrznej, a dokładniej o tym, co nazywa się często wizualnym skażeniem miasta. Głównym celem walki tym razem jest stworzenie ustawy regulującej poczynania firm outdoorowych, a efektem możliwość ponownego zobaczenia miasta w formie nieopakowanej banerami i wielkoformatowymi plakatami przez jego mieszkańców, a więc odzyskanie przestrzeni miejskiej przez tych do których ona rzeczywiście należy. Problem rzeczywiście istnieje, ale nie jestem przekonany, czy jego źródłem jest (tylko) reklama zewnętrzna i czy celem walki powinno być odsłonięcie miejskiej ikonosfery. Stąd trzy pytania:

 

- czy źródłem wizualnego skażenia jest brak przepisów regulujących poczynania firmy outdoorowych, czy też to, że działają one w podobny sposób jak większość z nas, czyli traktując przestrzeń wspólną jako przestrzeń niczyją, w której każdy jest zajęty tylko sobą i nie martwi się o konsekwencje swoich działań dla innych ( o tym, że tak właśnie jest świadczy masa przykładów: sposób poruszania się po drogach, parkowanie utrudniające życie innym, głośna muzyka w miejscach publicznych, podrzucanie innym swoich śmieci, balkony traktowane jako pakamery, wszelkie postacie wandalizmu, ciągnące się miesiącami proste roboty drogowe, mniejsze lub większe samowole budowlane, freestyle sklepowych witryn i szyldów, akwizycja i rozdawanie ulotek na ulicy, fatalnie wykonane i gloryfikujące przemoc pomniki oraz masa innych)

- kto i w jaki sposób miałby regulować to, jak powinna wyglądać miejska ikonosfera? (mówiąc jeszcze inaczej ikonosfera jest zawsze zapisem procesów wytwarzających miasto i działań jednostek w nim żyjących i z tego powodu propozycja prawnej regulacji tego, co powinno ją tworzyć nie tylko mnie nie przekonuje, ale też nieco niepokoi- jej skutki mogą być odmienne od zamierzonych. Być może powinniśmy się pogodzić z tym, że nasze miasta wyglądają tak, a nie inaczej, bo odzwierciedlają to, kim jesteśmy i nie tyle koncentrować wysiłki na zmienianiu ikonosfery, co raczej na zmienianiu siebie samych)

- jakie miasto wyłoni się, gdy zdejmiemy zasłaniające je reklamy . Czy zobaczymy tylko dawno niewidziane zabytki i piękną architekturę, czy też krainę przybudówek, brudne fasady, architektoniczny chaos? ( zdaję sobie sprawę, iż to pytanie jest dosyć ryzykowne, ale chodzi mi tylko o wskazanie na słabość linii argumentacyjnej, która uzasadnia walkę z billboardami- kiedy już ją wygramy nie będziemy wcale żyć w pięknych miastach, ani nawet choć trochę ładniejszych i przyjaźniejszych , niż te współczesne)

 

Przemawia do mnie oczywiście argument, że od czegoś trzeba zacząć, by rozwiązać problem wizualnego skażenia, ale nie zawsze to, co najbardziej rzuca się w oczy jest najgroźniejsze.

 

Na zakończenie: co zrobić z irytującymi billboardami- podpowiada Helmut Smits

23:28, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 05 listopada 2007
RZECZ23
17:58, krajewskimarek , naoczne
Link Komentarze (8) »
sobota, 03 listopada 2007
Cepeliada high-tech

Grant McCracken, jeden z moich ulubionych antropologów i komentatorów współczesnej kultury konsumpcyjnej, jakiś czas temu zidentyfikował interesujący trend konsumencki, przybierający postać społecznego ruchu, który nazwał ruchem rękodzielniczym (artisanal movement.). Opiera się on na dziesięciu podstawowych komponentach:


Preferowanie rzeczy na ludzką skalę (warzywa z przydomowego ogródka, a nie z ogromnej, przemysłowej szklarni)

Preferowanie tego, co wykonywane ręcznie (oscypek wykonany w bacówce, a nie w hali produkcyjnej)

Pierwszeństwo dla tego, co surowe i nieprzetworzone (świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, a nie napój o smaku pomarańczowym)

Preferowanie tego, co nieobrandowane (ser raczej wprost „od gospodarza”, niż z korporacyjnej mleczarni)

Uprzywilejowanie przedmiotów, które są spersonalizowane ( zakupy w małym, rodzinnym sklepie, a nie w mall’u)

Preferowanie nowej transparencji (a więc pełnej informacji na temat pochodzenia produktu i surowców, z których zostały one stworzone)

Preferowanie przedmiotów, które są „autentyczne”( powrót do tradycyjnej kuchni)

Preferowanie produktów lokalnych ( z Wielkopolski, a nie „wytworzone w X, pakowane w Y, dystrybuowane w Z)

Preferowanie nowego rodzaju znawstwa ( które jak wynika z komentarza nie opiera się na jakieś z trudem zdobywanej kompetencji, ale raczej na rozsmakowywaniu się, na byciu koneserem, amatorem, a nie znawcą)

Preferowanie prostych produktów przed złożonymi ( bułka z masłem przed XXL hamburgrem z setką dodatków).

Ruch ten przypomina nieco próbę powrotu do świata przed modernizacją i macdonaldyzacją, ale trzeba pamiętać, że jest on jednocześnie trendem konsumenckim i jako taki powinien być przede wszystkim rozpatrywany. Oglądany z tej perspektywy przypomina nieco zachwyt nad kiszonymi ogórkami i pajdami chleba ze smalcem podawanymi managerom podczas korporacyjnej imprezy w wyrafinowanej restauracji. Paradoksalnie wyraża on więc nie tyle pragnienie życia w świecie prostym, naturalnym i zlokalizowanym, tradycyjnym, ale raczej potrzebę nowych wzorów konsumpcji, czegoś nowego, innego, egzotycznego. Znaczące jest tu również to, że egzotyczny staje się tu sposób życia ludzi żyjących wciąż na pograniczu tego, co tradycyjne i nowoczesnym, a więc tych którzy stanowią większość globalnej populacji. Ruch rękodzielniczy nie proponuje więc powrotu do przeszłości, ale raczej jego stylizację w wersji high-tech- możliwą do zamówienia przez Internet, higieniczną i w takim zakresie, w jakim pragnie tego sam klient.

Ruch ten jest amerykańskim wynalazkiem i z europejskiego punktu widzenia może wydawać się mało innowacyjny. Nie oznacza  to jednak, że nie jest on również popularny na Starym Kontynencie. Jego przejawy można znaleźć również w polskim kontekście:

*Przydrożne "polskie chaty" (w miejsce dawnych bud z zapiekankami), oferujące "chłopskie jedzenie"* Moda na regionalne specjały i walka o uznanie ich statusu przez unijne prawodawstwo * Jednodniowe soki i przeciery od małych producentów * Powrót drewnianych zabawek i ich popularność ( raczej wśród rodziców, niż dzieci) * Agroturystyka i wakacje- koniecznie u zaprzyjaźnionego- gospodarza na wsi * Sklepy i stoiska z ekologiczną żywnością * Używanie nazwisk ( a więc personalizacja i transparencja), jako marek produktów (oznacza to powrót do tradycyjnej funkcji marki, w której jakość produktu była poświadczana przez reputację jego wytwórcy) * Moda na domowy wyrób win i nalewek * Popularność ręcznie i chałupniczo  wykonywanej biżuterii, ubrań, mebli (np. pakamera) * i wiele innych*

 

09:54, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (21) »
piątek, 02 listopada 2007
RZECZ22
23:19, krajewskimarek , naoczne
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 listopada 2007
Negatywnie zweryfikowany (przez przedmioty)

Chirurg reputacji (*) w wywiadzie udzielonym Dużemu Formatowi stwierdził, iż Jarosław Kaczyński przegrał debatę wyborczą z Donaldem Tuskiem dlatego, że nie mógł otworzyć etui na okulary i zbyt długo się z nim mocował. W tym absurdalnym na pierwszy rzut oka stwierdzeniu jest sporo racji, ponieważ nie ma niczego bardziej dyskredytującego, niż nieumiejętność panowania nad prostymi przedmiotami i to w dodatku takimi, które do nas samych należą. Premier, który nie radzi sobie z futerałem na okulary, staje się ambiwalentny a więc też niewiarygodny jako ktoś, komu wyborcy mają powierzyć swoją przyszłość. Ambiwalencja w tym przypadku polegała na tym, że kłopoty z przedmiotem uczłowieczyły Jarosława Kaczyńskiego, a tym samym sprawiły, iż przestał on być kimś niezwykłym, nieomylnym, abstrakcyjną postacią z czołówek gazet, a stał się jednym z nas. Oporny przedmiot materialny, nie tylko odbrązowił premiera, ale też pozwolił dostrzec jak trudno być żywym pomnikiem w demokratycznym społeczeństwie i jak bardzo archaiczna jest dziś to rola.

W całej historii najbardziej fascynujący jest oczywiście nie Jarosław Kaczyński, ale przedmiot, który uczłowiecza i który weryfikuje zdolność jednostki do wypełniania przez nią roli do której ona aspiruje. Kultura materialna to nie tylko narzędzia dzięki którym kontrolujemy świat, ale również wyzwania, którym musimy sprostać, by być określonym rodzajem osoby.

(*) Bardzo znaczące jest sięganie przez specjalistów od PR-u po metafory medyczne: spin doctor, chirurg reputacji, bo sugeruje to dwie rzeczy: po pierwsze działanie (podobnie jak lekarz) w szlachetnej sprawie, po drugie, iż PR opiera się na równie twardy przesłankach jak medycyna, że jest naukowy.

21:11, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (2) »
wtorek, 30 października 2007
RZECZ21
08:47, krajewskimarek , naoczne
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 października 2007
Próbując zjeść marchewkę

Nowy spot reklamowy I’m going Puma przedstawia dwoje młodych ludzi, którzy w poindustrialnej przestrzeni ścigają się ze sobą w pogoni za flakonami wód toaletowych, które sami rzucają oni przed siebie. Złapawszy je po dynamicznym biegu, powtarzają czynność, która jak sugeruje narracja klipu nie ma swojego zakończenia. Reklama jakich wiele (bieg, dynamiczna muzyka, wykorzystanie estetyki parkouru, wielkomiejski klimat, wysportowani i atrakcyjni chłopak i dziewczyna), ale też wyjątkowa jako metafora współczesnej kultury konsumpcyjnej. Dwójka młodych osób i ich pogoń za butelkami Puma I’m going nieodparcie kojarzy się z osiołkiem, który próbuje zjeść wiszącą mu przed oczami marchewkę, umieszczoną tam przez poganiacza, który w ten sposób zmusza do marszu uparte i niechętne do współpracy zwierzę. W tym klipie jednak nie ma poganiacza, bo jest nim sam konsument, dla którego nie jest dziś istotne posiadanie przedmiotów, ale raczej posiadanie pragnień. Paradoks polega jednak na tym, że pragnienie powoduje ruch pozorny-w kierunku przedmiotu, który go nie zaspokaja, ale wywołuje nowe pragnienia.

(Dygresja 1. Towarzyszący polskiej kampanii nowego zapachu Pumy, projekt badawczy, zatytułowany Dokąd zmierzam, wydaje się być równie autoironiczny, jak powyższy klip, zaś pytanie tworzące jego tytuł nieprzypadkowo pozbawione jest znaku zapytania. Nie chodzi w nim bowiem o wskazanie kierunku, ale o zawieszenie kolejnej marchewki, której zdobycie jest tymczasowym celem z założenia nieistotnym, ale powodującym ruch, zmianę, poczucie, że dzieje się coś nowego, że żyjemy...

Dygresja 2- W projekcie Dokąd zmierzam rozbawiła mnie zachęta do pokoleniowej dyskusji motywowana nagrodami rzeczowymi oraz badanie konsumenckie zdefiniowane po raz pierwszy chyba aż tak literalnie w swoich celach: "Chcemy wiedzieć więcej o Was. Chcemy wiedzieć, dokąd zmierza młode pokolenie" )

23:05, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (2) »
piątek, 26 października 2007
RZECZ20
21:01, krajewskimarek , naoczne
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 października 2007
Bezdomni

W środowej Gazecie Wyborczej ukazał się artykuł Anny Cymer zatytułowany Arka XXI wieku , w którym jest mowa o nowych projektach domów takich, jak Loft Cube, M-Ch ( czyli Micro Compact Home), czy też Single Hauz. Tym, co je ze sobą łączy jest: przeznaczenie- są to domy dla singli; nietypowy związek z miastem (mobilność, możliwość ich doczepiania do istniejących budynków lub umiejscowienie we wnętrzach nośników reklamowych) oraz specyficzna estetyka (bardzo modernistyczny minimalizm i prostota). Projekty te nie są tylko architektonicznymi utopiami- część z nich można już kupić- ale dystopijny jest sposób myślenia leżący u ich podstaw. To, co oferują one potencjalnym mieszkańcom przypomina bowiem telewizyjne reklamy samochodów, w których promowane pojazdy mkną po pustych i malowniczo położonych drogach. Brak ludzi, samotność z wyboru i obcowanie ze światem z perspektywy luksusowej kapsuły, która pozwala go doświadczać, ale też od niego bezpiecznie odgradza- to współczesny ideał życia młodego, metropolitarnego przedstawiciela klasy średniej. Ideał trudny do zrealizowania w zatłoczonym i pełnym intensywnych kontaktów świecie, dostępny więc tylko dla tych, którzy odnieśli zawodowy i finansowy sukces. Tym, co wyróżnia dziś zwycięzców jest więc życie w świecie, w którym inni pojawiają się tylko na wyraźne życzenie tych, którzy wygrali. Pozostali mogą odseparować się czasowo zamieszkując na przykład w DasParkHotel. Współczesnym ideałem życia stało się więc nieprzeszkadzanie sobie nawzajem, redukcja bezpośrednich kontaktów do minimum i pustelniczy hedonizm, którym towarzyszy intensywność pośrednich interakcji, w których uczestniczą nasze awatary. Jesteśmy więc dziś wszędzie, ale ucieleśniamy się tylko niekiedy. Jesteśmy nieobecni nie tylko dla innych, ale też nie ma nas w naszych ciałach.

23:26, krajewskimarek , idee
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 października 2007
Dobrzy i źli?

hislop

 

Dominic Hislop hakuje kulturę promocyjną w sposób bardzo systematyczny i dokładny, ale niepozbawiony poczucia humoru. Jego akcja Disstance Correction polegała na korygowaniu reklamowych drogowskazów udzielających wskazówek jak dojść do barów, sklepów, bankomatów, poprzez podawanie prawdziwych odległości pomiędzy tymi znakami, a miejscami przez nie wskazywanymi. Hisop sprawdzał dystans dzielący reklamę i to, co ona promowała za pomocą policyjnego drogomierza, a następnie wyklejał na drogowskazach rzeczywista odległość w miejsce tej, która została tam umieszczona przez promujących swe usługi. Dla przykładu na drogowskazie prowadzącym do jednego z budapesztańskich barów McDonalds, widniała odległość 80 metrów, podczas, gdy prawdziwy dystans odmierzony przez artystę wynosił 142.03 metra i to on za sprawą Hislopa pojawił się na tablicy.

Artysta nie tylko jednak przyłapywał reprezentujących kulturę promocyjną na drobnych kłamstwach i wykorzystywał konsumenckie prawo do otrzymywania od producentów prawdziwych informacji o towarach lub usługach, ale również poprzez ujawnianie tego rodzaju praktyk demonstrował istotę tej kultury. Stanowią ją bowiem drobne kłamstwa, niedomówienia, nie-mówienie-całej-prawdy, które same w sobie są niegroźne, ale których powtarzanie i wszechobecność sprawia, iż stają się one kłamstwami wielkimi i zaczynają określać relacje pomiędzy producentami i konsumentami. Małe opakowania udające wielkie, powtarzanie, że używanie szamponu przeciwłupieżowego pozwala zdobyć przyjaciół, a kupienie chipsów ich zatrzymać, sugerowanie, że coś otrzymuje się za darmo oraz, że gwiazdy popkultury zajadają się tym samym dżemem, który stoi na Twoim stole to drobne kłamstewka, ale jednocześnie na tyle nadobecne, że niczego poza nimi nie ma.

Demaskowanie tego rodzaju praktyk nie powinno prowadzić do wniosku, iż świat tworzą złe korporacje i wprowadzani w błąd nabywcy ich usług i towarów. Wręcz przeciwnie, aby zrozumieć kulturę promocyjną można i trzeba zapytać jaka jest pozycja konsumenta w procesie czynienia małych półprawd wielką nieprawdą. Trudno uwierzyć, iż są oni na tyle naiwni, by dać się nabierać na tak proste zabiegi manipulacyjne. Być może więc nie tyle chcą być oszukiwani, co akceptują wprowadzanie w błąd, bo nagrodą za to przyzwolenie jest przyjemność i poczucie, że konsumując trzyma się rękę na pulsie rozdygotanego świata pełnego zmian, różnic i sprzeczności.

 

 

20:34, krajewskimarek , idee
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9